
faktura:
1.sposób koordynacji melodii i harmonii.
2.charakterystyczne cechy powierzchni przedmiotu.
Jeśli chciałoby się mówić o fakturze muzyki, bardziej oczywistą z dwóch wyżej wymienionych definicji wydawać by się mogła pierwsza z nich. I gdyby wziąć na warsztat pierwszy lepszy utwór, patrząc przez pryzmat jego naturalnej instrumentalnej polifoniczności, rzeczywiście odnoszenie się do pierwszej definicji byłoby jak najbardziej trafne. Co raz częściej jednak utwory muzyczne rezygnują częściowo lub zupełnie z muzycznych paradygmatów melodii, rytmu i harmonii, na rzecz szumu, arytmii i dysonansu. W takim przypadku odwoływanie się do pierwszej definicji, jakkolwiek również słuszne - wszak szumy mogą w utworze koegzystować na takich samych prawach jak wszelkie inne dźwięki tworząc pewną fakturę (rozumianą jako sposób koordynacji dźwięków właśnie) - wydaje się być nieco mniej adekwatne. Fakt ten bardzo dobrze unaocznia (lub jak kto woli - unausznia) akuzmatyczna twórczość Christiana Fennesza. Ostatnio zasłuchałem się trochę w "Venice" i wciąż towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, iż idealnym pojęciem za pomocą którego można tę płytę opisać jest właśnie jej faktura. Faktura rozumiana jako charakterystyczna cecha powierzchni d ź w i ę k u. Dźwięk jak wiadomo, powierzchni jako takiej nie ma. Sęk w tym, że brzmienie na "Venice" nie flirtuje także zbyt wiele ani z melodią ani z rytmem, rzadko z jakąkolwiek harmonią. Trudno zatem określić jego fakturę w klasycznie muzycznym tego słowa znaczeniu. Wsłuchując się w kolejne utwory można jednak dojść do wniosku, że muzyka tu została obdarzona właśnie atrybutem tej "drugiej" faktury. Z głośników dobiegają bowiem szorstkości, chropowatości, czasem metaliczne gładkości, różnego rodzaju szumy, zgrzyty i skrzypienia. Wszystkie osadzone w sennym, dronowym basie. Wycinki pewnej rzeczywistości. Pewnej nieskończoności. Przestrzenne impresjonistyczne krajobrazy bez konturów.
Wydawnictwo wymaga od słuchacza pewnej uwagi i skupienia, które zostają wynagrodzone odmalowaną w głowie niezliczoną ilością obrazów wynurzających się z tej (tylko) pozornej krzątaniny dźwięków. Odstępstwami od fakturalnego charakteru płyty są "Transit" - tu odstępstwo jest jednak tylko częściowe, gdyż w tle melodyjnego wokalu słychać znajomy noise - oraz gitarowa "Laguna", która ewidentnie stanowi wyjątek mający potwierdzajać regułę.