1977 - Sex Pistols
Nevermind the Bollocks1980 - Joy Division
Closer1981 - New Order
Movement1985 - The Jesus and Mary Chain
Psychocandy2009 - A Place To Bury Strangers
Exploding Head... czyli krótka historia od narodzin punk po jego trzecią inkarnację. Mam świadomość, że w tej przepaści pomiędzy 1985 a 2009 z całą pewnością powinno znaleźć się jeszcze mnóstwo znaczących figur sceny muzycznej, które odcisnęły swoje piętno w procesie odradzania gatunku. Z premedytacją pomijam je jednak w tym krótkim zestawieniu, bo uważam, że jest ono tu w zupełności wystarczające. Znalazło się nawet miejsce na New Order, którego - z szacunku dla Iana Curtisa - moje uszy nie trawią [:P], jednak trzeba im oddać, że ich wkład w brzmienie i kształt dzisiejszej muzyki był i jest nie do przecenienia. Tak więc do rzeczy.
A Place To Bury Strangers - okrzyknięta najgłośniejszą nowojorską kapelą ostatnimi czasy. I nie do końca jestem pewien, czy chodzi o rozgłos, który kapela zyskała (przynajmniej za oceanem) dzięki swoim dwóm długogrającym wydawnictwom czy też ilości decybeli produkowanych na koncertach. Z ubolewaniem muszę przyznać, że umknął mojej uwadze koncert tej formacji, który odbył się bodajże w maju ubiegłego roku w warszawskim powiększeniu. Wielka szkoda - mógłbym ustosunkować się do rzekomej głośności nowojorczyków. A tak pozostaje mi jedynie potwierdzić, że szum, który wywołali swoimi nagraniami jest w zupełności uzasadniony. Na tapetę wezmę ich ostatni krążek - przywołany już wcześniej
Exploding Head, gdyż akurat sobie go przyswajam (aczkolwiek debiutancka płyta także jest godna polecenia!)
Kiedy album się zaczyna, pierwsze co przyszło mi na myśl, to że Phil Spector, byłby z takiej ściany dźwięku dumny. Mocno przesterowane gitary łączą się w hałaśliwym unisonie z perkusją odmierzającą rytm z automatyczną precyzją oraz pulsującym basem. Spogłosowany i odrealniony wokal tonie w tej mieszance, stłumiony niczym w studni, nie ustępuje jej jednak miejsca. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że słucham uwspółcześnionego Joy Division z ostro noise'owymi naleciałościami Psychocukierkowymi. Mylili się Ci (łącznie ze mną), którzy upatrywali w kapelach takich jak chociażby wypudrowany Interpol następców Joy Division. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że gdyby nie - jakże fatalna w skutkach - decyzja Iana Curtisa o zakończeniu swego żywota, brzmienie Joy Division prezentowałoby się dziś podobnie do tego serwowanego przez nowojorskie trio.
Płyta bardzo dobrze balansuje pomiędzy hałasem i melodyjnością, elektronicznymi syntezatorami a niekiedy do granic możliwości zniekształconym brzmieniem gitar. Od dreampopowych pejzaży Cocteau Twins, przez hałaśliwy szum shoegaze'u po wręcz industrialne brzmienie piły do metalu Trenta Renzora. Wszystko podawane w dawkach, które sprawiają, że trudno się od tej muzyki oderwać. Brzmienie syntezatorów, nawet gdy pojawia się z dość "infantylnym" brzmieniem (niechybne wpływy New Order :P np. w kawałku
Keep Slippin Away) to jest równoważone i neutralizowane, a całość daje efekt dla mych uszy luby.