16.5.10


eksplozja - zjawisko gwałtownej zmiany stanu układu, w trakcie której następuje uwolnienie zgromadzonej w układzie energii.

W ramy tej definicji doskonale wpisuje się "Om" Johna Coltrane'a. Utwór rozpoczyna się względnym względny spokojem, mąconym jedynie brzdękami przypominającymi nakręcanie pozytywki. Chwilę później następuje uderzenie fali będąca całkowitą antytezą początkowej ciszy. Nagranie eksploduje, a eksplodując zmienia "stan układu", czy wręcz - zaprzecza wszelkim układom. Czysty emocjonalny przekaz. Muzyka wolna. Taka jak jej wizja zdrodzona w głowie muzyka, nie ograniczona i nie ujęta w żadne ramy, a szczególnie w ramy jakie wyznaczają metrum, skale, tonacje i inne patenty na pięciolinii. Jak ktoś bowiem słusznie zauważył, wszelkie gatunki jazzu przełamujące te konwencje, z free jazzem i bepopem na czele, taki właśnie cel stawiały sobie jako nadrzędny - przekazywanie niczym nieujarzmionego przekazu muzycznego, będącego odpowiednikiem literackiego strumienia świadomości, odzwierciedleniem pierwotnego chaosu. Nie przypadkowo bowiem w samym utworze powraca dość często (obok beczenia baranów) leitmotiv świętej hinduskiej sylaby, tytułowej "Om", recytowanej niczym mantra a będącej emanacją powstającego wszechświata. Tego czego Coltrane dokonał na tym albumie nie można, a przede wszystkim - nie powinno się - szufladkować czy klasyfikować, ponieważ byłoby to dla tego zjawiska ze wszech miar nieadekwatne. Muzyka przybiera tu postać totalnej wolności ekspresji i twórczej niepodległości, której ten album jest niewątpliwie manifestacją. W ten chaos wplótł Coltrane także momenty, w których muzyczny rozgardiasz schodzi na dalszy plan, zostawiając miejsce dla następujących jeden po drugim, szaleńczych pasaży saksofonowych, brzmiących na tle całości jak sekwencje harmonii wynurzające się z ogólnego nieładu, tylko po to aby za chwilę dać mu się ponownie wchłonąć i zatonąć w nim razem ze słuchaczem