
sen - naturalny stan polegający na czasowym zaniku świadomości.
Żadna inna płyta w tak znaczący sposób nie wpłynęła na moją wrażliwość i postrzeganie świata. Nie ma w tym żadnej przesady. Myślę, że innego takiego rylca jak muzyka, który rzeźbił by wrażliwość jednostki nie ma – przynajmniej dla mnie. „It'll end in tears” to jedna z tych płyt, które – po odkryciu – nie opuszczają ani na chwilę – towarzyszą przy zasypianiu i budzeniu się, a potem wielokrotnie się do nich wraca, chociażby w myślach. Obietnica zawarta w tytule spełnia się. Jeśli nie dosłownie, to pośrednio. Słuchając tych utworów nie raz zakręci się w oku łza. Nagranie powstało jako kooperacja flagowych, swego czasu artystów legendarnej już wtedy wytwórni 4AD. Liz Fraser i Lisa Gerard same z osobna były by w stanie totalnie rozbić mentalnie dzień swoimi wokalami (poprzez totalnie rozrzewnienie słuchacza). Ich duet, w na tym albumie (mimo, że nie pojawia się w ramach żadnego z utworów na nim zawartych) posiada w powyższym sensie siłę iście „niszczycielską”. Tworzenie takich pięknych rzeczy powinno być – jeśli nie zabronione – to koncesjonowane, bo jest to pewnego rodzaju emocjonalny terroryzm, który może być postrzegany jako zagrożenie dla, co bardziej wrażliwych, jednostek.
Płyta jest jak ze snu. Wszystko w niej jest takie eteryczne i odrealnione jak somnambuliczny nocny spacer po spowitym mgłą parku albo podróż po bezkształtnym i krzyczącym ciszą oceanie („song to the siren”). Utwory Liz Fraser generalnie i bez wyjątku sprawiają, że ma się wrażenie, jakby wzięła ona w garść jestestwo i grała na nim jak na posłusznym jej instrumencie. Jej zdolności w dziedzinie przenoszenia w ułamku sekundy w absolutnie inny wymiaru (także, a może zwłaszcza utworami Cocteau Twins), w szczególności za pomocą tak charakterystycznych dla niej glosolali, zawsze wzbudzały mój podziw. To samo tyczy się także Lisy Gerard, której wokal jest jednak bardziej zimny i hermetyczny, co nie zmienia faktu, że równie nieziemsko piękny. Ta płyta, słuchana właśnie w pociągu, podczas gdy piszę, sprawia, że nawet – wydawać by się mogło – z pozoru ziejące zwyczajną do bólu szarością krajobrazy, które przewijają się za oknem, mają w sobie coś magicznego.